Zamknięcie tematu mazurskiego

Artykuł zamykający rozważania opiekuna Muzeum Reformacji na temat Mazurów i mazurskości.

 

Gdy byłem młody i w pogodne letnie wieczory pragnąłem odpocząć od nadmiaru wrażeń, to czasem wypływałem łodzią na jezioro. Powierzchnia wody była wtedy taka spokojna i czysta, że prawie bałem się dotknąć jej swoją dłonią, aby nie rozproszyć pięknego lustra. Szarobłękitne niebo odzwierciedlało się w nim niczym malowidło, a czarne lasy tworzyły szeroką podwójną ramę. Złotym pasmem odbijał się w wodzie zachodzący księżyc. Od łodzi odbiegały z geometryczną wręcz regularnością srebrne smugi. Wszędzie wokoło panowała uroczysta i podniosła cisza. Tylko niekiedy mignął nad wodą zagubiony nietoperz lub plusnęła drobna rybka.

Wtedy zastanawiałem się: dlaczego to wszystko jest takie piękne? Dlaczego każdy najmniejszy nawet szczegół w przyrodzie wywołuje taki zachwyt? Czy to piękno przyrody nie ma w sobie coś boskiego? Czyż nie jest to część tej nieziemskiej mocy, tego niepojętego ducha Bożego? Czy to piękno nie jest w końcu namacalnym dowodem na istnienie Stwórcy?

Potem zrozumiałem, że dla mnie Mazura - odludka (na marginesie trzeba dodać, że każdy Mazur to dzisiaj odludek) moja ziemia ojczysta jest podwójnie piękna i pozostawia podwójnie trwały ślad w duszy. Czuję się tutaj jak w olbrzymiej, przewspaniałej świątyni. Lasy, jeziora i błękitne tło... I w ogóle nie do opisania jest ten naturalny, upajająco cudowny krajobraz. Kiedy na to wszystko patrzę, trudno oprzeć się wzruszeniu. Przez moment wydaje mi się, jakby znów wróciły dawne beztroskie czasy, które spędziłem w maleńkiej wsi Skorupki pod Rynem, i jakbym słyszał głos mojej mamy, która próbuje mnie niegrzecznego urwisa przywołać do porządku. A gdy obiecywałem solennie poprawę, mawiała uszczypliwie: „Osie w Trosie, a koła w Szczybałach”.

Ale ten świat już dawno odszedł i nigdy nie powróci. Taki to już czas i tacy to już ludzie, że ani dziś Mazurów, ani pamięci o nich, nikt już nie potrzebuje. Wiedza o tym, że była kiedyś taka społeczność, gaśnie jak dopalająca się świeca. Co prawda są piękne mazurskie krajobrazy, ale po Mazurach nie zachowało się już prawie żadnego śladu. Zresztą, co tu zachowywać, skoro to wszystko jeszcze w dzisiejszych czasach uważa się za obce, poewangelickie i pomazurskie, a więc za niegodne, aby poświęcać mu swoją uwagę.

Dziś egzystujący tu jeszcze Mazurzy żyją cicho i jakby w zapomnieniu. Tylko czasami dosięga ich refleksja nad przeszłością ziemi mazurskiej i jej ludzi. Nad losem jaki im zgotowano i nad ogromem krzywd, które ich spotkały. Zastanawiające jest jednak to, że taką zdolność empatii oraz dalece idącą wrażliwość wykazują też osoby, które nie są związane emocjonalnie i kulturowo z Mazurami. Zaś ci - jak się wielokrotnie przekonałem - którzy mieszkają tu od dawna, obecność czy nieobecność mazurskiej społeczności regionu traktują na ogół obojętnie. Wygląda na to, że nic złego się nie wydarzyło i że nie ma nad czym rozdzierać szat: odszedł tylko jakiś nieznany i obcy kulturze polskiej świat. Tak oto, jeszcze raz okazuje się, że to, co spotkało po wojnie ewangelickich Mazurów, nie powoduje tutaj ani potrzeby moralnego rozrachunku, ani nie wzbudza nawet zwykłego ludzkiego poczucia wstydu. Było i minęło. Pamięć pokryła gruba i szczelna warstwa zapomnienia. A czy było tak, czy inaczej - nie ma to dla wielu większego znaczenia... Widać stąd, że ci, którzy już odeszli, oraz ci, którzy tu jeszcze trwają, nie należą wcale do naszej współczesnej i wspólnej historii Mazur.

Być może ten brak zainteresowania i współczucia świadczy bardziej o bezradności, aniżeli o odrzuceniu. W każdym bądź razie, dumając nad naturą zmian, jakie zaszły na moich Mazurach w ostatnich dziesięcioleciach, pomyślałem sobie, że może już czas zamknąć tym artykułem temat mazurski i pozwolić mu odejść w zapomnienie. Wygodniej i czyściej będzie na Mazurach bez Mazurów. Bo we mnie, a ściślej w tym, co piszę, znajdują się słowa, których nikt już nie używa i które są już niepotrzebne... A nawet, gdyby ktoś odnalazł w sobie potrzebę zadumania się nad tzw. mazurskością, to czy to moje wątpliwej jakości pisarstwo będzie dla niego zrozumiałym?

W tym miejscu chciałoby się zanucić fragment starej i już praktycznie zapomnianej „Pieśni mazurskiej” napisanej przez długoletniego nauczyciela ełckiego gimnazjum Fryderyka Dewischeita w 1857 r., w polskim przekładzie W. Szellera, która w okresie międzywojennym uzyskała rangę nieoficjalnego hymnu mazurskiego:

Przez wody, ląd

Wiatrów szeroki i rzeźwy dmie prąd.

Tu, w drogiej ojczyźnie na zawsze chcę być,

Tu chcę umierać i tutaj żyć.

Tu, kędy żyje dzielny nasz lud

I słońce oświeca nasz zbożny trud.

Ojczyzna to nasza, te wody i las!

Niech żyją Mazury, ten kraj pełen kras!

 

Jednak mimo wszystko, warto się czasem zdobyć na odrobinę odwagi i napisać kilka słów prawdy. Nawet jeśli są to słowa niewygodne i niepopularne. Bez nich bowiem, zamiast kultury, krajobraz wypełni kolorowa pustka. Tylko kultura nadaje sens ludzkiemu życiu i czyni go wartościowym. „Takie mamy czasy!” - nieraz słyszy się to usprawiedliwiające żachnięcie nad jej poziomem i kondycją. Owszem, ale „takie czasy” tworzymy my sami swoimi czynami i sposobem życia. Ale to już inna historia.

 

Rejnold Kuchn, Muzeum Reformacji Polskiej w Mikołajkach